01 grudzień 2011

- Wywiad z Matio.K -

Nie żeby zabrakło mi osób, które mógłbym zabrać na spytki, ale miałem w planach od jakiegoś czasu trochę przybliżyć Wam osobę człowieka, który płodzi to wszystko na blogu, nierzadko poświęcając na to czas, którego nie mam wiele, a jednak mu się chce, i co więcej, ma wciąż głowę pełną pomysłów. Będzie dziwnie, więc zapnijcie pasy.

- Witaj.
- Czołem.
- Przedstawisz się naszym czytelnikom?
- Hej, jestem Mateusz. Pseudonim, czyli Matio.K, wziął się od imienia i nazwiska, a zaproponowała mi je poczta w momencie rejestracji. I tak jakoś zostało. Z wykształcenia ekonomiasta, a zawodowo hybryda handlowca, recenzenta i projektanta.

- Jak zaczęła się Twoja przygoda z planszówkami?

- Prawdopodobnie tak jak i u większości osób, a mianowicie zaproszeniem przez znajomego na spotkanie przy stole. Choć to było punktem kulminacyjnym, to w rzeczywistości oczywiście spotykałem się z nimi od wczesnego dziecińswa [Eurobiznes, Chińczyk]. Później, konkretnie w okresie studiów, wizyta w Empiku zaowocowała nieznanym mi impulsem spróbowania powrotu do korzeni, więc padło na "Drako". Ograłem dwie-trzy partie, nie chwyciło. Ale, że byłem zapalonym graczem wielosobowego trybu gry "Left 4 Dead", a do tego zawsze miałem w sobie smykałkę do tworzenia, doszedłem do wniosku, iż nic, tak na dobrą sprawę, nie stoi na przeszkodzie, aby spróbować stworzyć jej planszowy odpowiednik. Bez żadnego doświadczenia, ani inspirowania się "nowożytnymi" tytułami, pojawiło się pierwsze "Ratuj się kto może". Szukając wskazówek na temat rozwoju projektu, wpadłem na forum i zostałem już na dobre. Pragnąc zaś jeszcze bardziej poszerzyć swą wiedzę, umówiłem się na owe spotkanie.

- I apetyt rósł w miarę jedzenia?

- Pamiętam, że zachłysnąłem się rozwiązaniami, które tak bardzo dalece odbiegały od moich oczekiwań; okazalo się, że nowy ląd był tuż obok mojego nosa, a ja niczego nie wyniuchalem przez tyle lat.Zacząłem od zapoznania się z najbardziej oczywistymi przedstawicielami [wszak będąc we Włoszech zaczyna się oczywiście od Rzymu, a potem Watykanu], stopniowo uczyłem się pojęć ["dice rolling, worker placement, downtime (...)"], odkrywałem uroki BGG ...

- Zatrzymajmy się chwilę przy BGG. Jesteś jego aktywnym użytkownikiem?

- Skąd. Jest to dla mnie encyklopedia wiedzy, ale nie sposób na zżywanie się z grową społecznością. W szczególności nie bawi mnie manifestowanie tego jakim geekiem jestem poprzez zliczanie partii, czy przyznawaniu ocen cząstkowych.

- A skoro tych tytułów jest tyle ... masz jakiś ulubiony, bądź chociaż preferujesz konkretny gatunek?

- Zawsze uważałem się za miłośnika tytułów ekonomicznych, bo lubię wszelkiej maści cyfry i obecny w nich element zarobku. Towarzyszyły mi zresztą od samego początku projektowania. Będąc jednak szczerym, choć bardzo za nimi przepadam, moim ulubieńcem nie jest jeden z "nich". Zaszczytne miejsce na podium zajmuje rodzimy tytuł. Pełny błędów i niedopowiedzeń, ale dający mnóstwo satysfakcji i posiadający regrywalność analogiczną do szachów - "Stronghold" Ignacego Trzewiczka.

- Ale ponoć uważasz, że produkcje są niedopracowane?

- Od strony technicznej na pewno, owszem. Prędzej piekło zamarznie, niż Portal wyda coś bez babola :) Chociaż "afera żetonowa" może ich czegoś nauczyła. Tak, by sprawdzali co drukują przed wysłaniem plików, a nie sprawdzania tego na niewinnych graczach.

- Rozumiem zatem, że sam wypuszczałbyś tylko perfekcyjnie skrojone?

- Perfekcja jest pojęciem szybko względnym i podlega subiektywnej ocenie. Na pewno jednak miałbym na uwadze fakt, iż zszarganą markę trudno odbudować.

- Czyli, jeśli wierzyć wpisom dążysz do doskonałości w swoich tytułach, to czy mamy szansę kiedyś ujrzeć choć jeden na półkach sklepowych?

- Chciałbym. Już teraz mogę powiedzieć to głośno i otwarcie, że od jakiegoś czasu pracuję nad tym. Choć nie zawsze w docelowej formie dystrybucji. Na przykład prowadzę rozmowy z dużą firmą na temat przeniesienia "RUSE" na łono gry online. Trudność wydania wynika jednak z faktu, iż nie robię w tym kierunku tego co należałoby w tej sytuacji. A należałoby jeździć regularnie na konwenty, wychodzić z projektem do wydawców, którzy również pojawiają się na imprezach w tym celu. I najlepiej żyć w dużym mieście, a Olsztyn, ze swoją dość hermetyczną grupą planszówkowiczów, nie nadaje się do tego celu najlepiej. Próbowałem zresztą w nim szczęścia z "Kaflem", czyli własnym sklepem, ale okazało się, że przeliczyłem się co do wielkości, żyjącej w nim growej społeczności.

- No właśnie, co z nim?

- Cóż, aktualnie przyniósł więcej szkody niż pożytku, ale aby zrozumieć dlaczego, musiałbym zacząć od początku ...

Pomysł pojawił się już w kwietniu 2010, kiedy to pracowałem jeszcze na etacie. Przez ponad pół roku zbierałem informacje, badałem rynek, rozpocząłem starania o dotację, szlifowałem biznes-plan i założenia [z naciskiem na nowatorstwo]. Wydawało mi się, że cały świat stoi przede mną otworem i będę mógł wreszcie robić to co chcę, na własny rachunek i czerpać z tego dużą przyjemność. Miałem jednak tę dozę dystansu i zdrowego rozsądku, więc zakładałem, iż początki wejścia na rynek okupione będą stratami, ale chciałem to odpowiednio zamortyzować. Od maja do października urządzałem więc imprezy promujące planszówki, albo spotkania o charakterze fantastycznym, współpracowałem z kilkoma organizacjami. Później, bo u samych początków listopada zrekrutowałem kilkoro osób do prowadzenia w szkołach i przedszkolach spotkań, w czasie trwania, których to można było zapoznać się z nimi bezpośrednio. Były to kupione specjalnie na tą okazję tytuły takie jak Hooop, Hej! Gdzie moja ryba?, Niagara, Owczy Pęd i wiele innych. Cała akcja marketingowa odniosła niespodziewanie duży sukces, bo pomimo pierwszych trudności z wejściem do placówek, to z czasem to do nas zaczęto dzwonić. Średnio organizowałem kilkanaście spotkań w tygodniu i napędzało to, zgodnie z oczekiwaniami, infrastrukturę dla sklepu stacjonarnego. Całość została uruchomiona dokładnie 10 grudnia. Historyczny dzień, z niedawną rocznicą tego wydarzenia ;)

- Słuchając tego można odnieść wrażenie, że wszystko przebiegało świetnie. Co się więc stało?


- Na przełomie lutego/marca po raz pierwszy utraciłem płynność finansową. Wyszedłem bowiem z założenia, iż wolałbym, aby firma szybko zaczęła na siebie zarabiać, zamiast spłacać zaciągnięte kredyty. Pozostawiłem sobie stosunkowo niewielką tzw. "żelazną rezerwę", licząc, nieco naiwnie jak się okazało, na to, że sprzyjająca planszy zimowa pora roku i dobrze przemyślany marketing z minimalnym wkładem finansowym [więcej było w tym konwentów, udzielania wywiadów, prezentacji, aniżeli klasycznych form] miał pozwolić mi na zwiększenie ów rezerwy na czas zbliżających się wakacji. Czyli okresu, w którym handel słabnie, a zarabia wtedy zasadniczo turystyka. Niestety, plan okazał się być nazbyt optymistyczny, bo w lutym przychody znacznie spadły, a rezerwa została wcześniej skonsumowana przez nieoczekiwane wydatki.


- Było, aż tak źle, by należało zamykać interes?

- Faktyczną decyzję podjąłem w kwietniu. Była trudna, bo wymagała poświęcenia czegoś na co tyle pracowałem, w co włożyłem całe moje serce i dusze, starając się wprowadzić zupełnie nową jakość. Niestety, okres maja/czerwca kiedy wycofywałem się z rynku sprawił, że często nie byłem w stanie realizować wszystkich zamówień, a tym samym nakręcało to błędne koło.

- Jeśli ktoś zaoferował Ci podróż w czasie, to co chciałbyś wtedy zmienić?

Zasadniczo dziś jestem mądrzejszy o wiedzę, że w biznesie nie można być nadmiernym optymistą, a początkowa rezerwa powinna być na tyle duża, by pozwalała nam rozwijać działalność i przetrwać długie miesiące. Najpewniej wystarałbym się o kredyt na działalność. Albo w ogóle nie rozpoczynałbym własnej działalności, spokojnie pracując na etat. Ale zaryzykowałem, stawiając wszystko na jedną kartę.

- Żałujesz?


Długo toczyłem w sobie wewnętrzny bój, czy powinienem się obwiniać za to co się stało. Ostatecznie, po wielu miesiącach, nabrałem do tego dystansu. Żałuję jedynie tego błędu, który położył firmę. Ale nie zamysłu, realizacji, satysfakcji i wielu, nowych doświadczeń prowadzenia czegoś własnego. Nie zniechęciło mnie to d.g, ale raczej pozwoliło wyciągnąć odpowiednie wnioski na przyszłość.


- Jakieś dobre rady dla osób otwierających podobną działalność?

Wychodzę z założenia, że tort, jakim jest planszowa społeczność, nie wystarczy do podziału dla wszystkich, a rynek jest już odpowiednio zagospodarowany, nie dając niemalże szans nowym graczom. Więc pierwszą i ostatnią radą będzie: pozwólcie rozwijać się już istniejącym, nie pchając się tam, gdzie jest już i tak tłoczno. Chyba, że NAPRAWDĘ wiecie co robicie. W takim wypadku powodzenia ;)

- Dzięki za wywiad.

0 komentarze:

Prześlij komentarz